II wojna światowa i okres okupacji to niestety ogromna ilość ludzkich tragedii. Tym razem postanowiłem zainteresować się sierpniem 1944 roku, w którym to miesiącu ziemia naszego regionu pochłonęła dużą ilość ofiar ludzkich. Wszystko to przez zryw powstańczy, spowodowany powiewem nadziei j aki niósł zbliżający się front wyzwoleńczy spod panowania niemieckiego okupanta.
Wraz z nadejściem frontu w okolice prawobrzeżnej Warszawy, zarządzono gotowość bojową oddziałów Armii Krajowej w tym I rejonu AK Obwodu „Obroża” w Legionowie w skład którego wchodził III batalion w Nieporęcie, dowodzony przez miejscowego nauczyciela por. rez. Bronisława Tokaja. Przypomnę, iż w strukturach tego batalionu działały plutony 722 Wieliszew, 723 Skrzeszew i 724 Kałuszyn w ramach 8 kompani dowodzonej przez ppor. rez. Władysława Danielewicza ps. "Oko". 30 lipca 1944r. część żołnierzy III batalionu brała udział w wyzwoleniu obozu jeńców radzieckich w Beniaminowie. W dniu 1 sierpnia zagrożone okrążeniem przez Niemców oddziały wycofały się z Beniaminowa. Zaistniała sytuacja nieporęckiego batalionu, skłaniała do przyjęcia rozwiązań, oszczędzających zarówno ludność cywilną jak też walczących żołnierzy - partyzantów. Na odprawie w sztabie pułku postanowiono wyłonić z batalionu silnie uzbrojony oddział, który winien utrzymać się w lasach nieporęckich. W przypadku braku warunków do prowadzenia walki, zakładano, że przejdzie on do lasów Choszczówki. Tam połączy się z batalionem legionowskim i przejdzie następnie przez Wisłę do Puszczy kampinoskiej, aby walczyć dalej. Dowódcą oddziału został dotychczasowy kwatermistrz III batalionu por. Konstanty Radziwiłł "Korab" [1] , jako najstarszy stopniem i jednocześnie „spalony” a jego zastępcą por. Zygmunt Mirecki „Zim”. Do oddziału zostali włączeni ludzie, rekrutujący się z działającego w konspiracji przy 3 batalionie Oddziału Dywersji Bojowej. Byli to: ppor. Leon Pyrża „Paweł”, ppor. Jerzy Domaradzki „Ksawery”, pchor. Jan Dobrowolski „Bug”, kpr. Zenon Pogorzelski „Orzeł”, kpr. Tadeusz Grzymała „Rak”, st. sierż. Wincenty Wójcikowski „Włócznia”, sierż. Michał Klimowicz „Omar” oraz szereg innych miedzy innymi bracia Grocholscy. Nie zakwalifikowanych do oddziału żołnierzy rozpuszczono do domów, część sama odeszła. Oddział stacjonował w lasach Arciechów – Kępiste. W dniu 1 sierpnia brał udział w ataku na skład paliwa w Zegrzu.
Żołnierz pododziału księcia Konstantego Mikołaja Radziwiłła ps. „Korab” - kpr. Piotr Sierawski ps. „Trzeciak” tak przedstawia okres mobilizacji powstańczej oddziałów we wspomnieniach spisanych przez M. Pakułę i T. Elbanowskiego "Zdrada w grupie bojowej porucznika Koraba" zamieszczonych w To i owo nr 31(901) z 2.08.2007, s. 9.
(…) Jak wybuchło powstanie poszedłem do lasu, w niedzielę 3 sierpnia [tak naprawdę był to 30 lipca, dzień mobilizacji oddziałów – red TiO], chociaż miałem złamane żebro. Poszło też dwóch Grocholszczaków [synowie hrabiego Zdzisława Grocholskiego z Poniatowa – red TiO], dwóch chłopaków z Nowego Dworu, ze Skrzeszewa Benek Barszczewski, Janek Mazur po podchorążówce, który nami dowodził. Razem było nas ośmiu. Doszliśmy do gajówki w Nieporęcie, gdzie był Bronisław Tokaj "Bogdan". Tam kazali iść z powrotem na Wieliszew. Otrzymałem przydział do grupy por. Konstantego Radziwiłła ps. "Korab". Było nas w pododdziale 20 osób. Oprócz mnie znaleźli się między innymi: Benedykt Barszczewski, Władysław Danielewicz, Adam i Tadeusz Grocholscy, Eugeniusz Kiliś, Mieczysław Kozak, Jan Mazur, Andrzej Popp, Jan Rembelski, Bronisław Smolarczyk, Wacław Smoliński, Szczepan Szyperek i Czesław Wronek. Mieliśmy karabiny Mauser, pistolety maszynowe Sten i krótką broń. Było z nami dwóch rusznikarzy – którym zdawaliśmy broń i dwie kobiety. Miejsca nie nazwę, ale wiem gdzie było. Była na górze stodoła, klepisko i dom a’la willa. Spaliśmy w stodole na zbożu. (…)
Ryc. Por. rez. Konstanty Radziwiłł "Korab" - & -
Ryc. Żona Konstantego - Maria Radziwiłłowa
Po ośmiu dniach trwania Powstania na Wieliszew i okolicę zostały zrzucone z samolotu ulotki Centralnego Komitetu Wykonawczego Polskiej Partii Robotniczej zawierające rozkaz rewolucyjny wzywający do zaprzestania wykonywania rozkazów Armii Krajowej, aresztowania jej oficerów i przekazania armii czerwonej.
Następnie w nocy 15 sierpnia oddział zaatakował kwaterę niemieckiej załogi i stanowiska artylerii w Annopolu na Nowym Bródnie. Po akcji wycofał się do lasów pod Kątami Węgierskimi. Tak wspomina tamte wydarzenie Tadeusz Witczak żołnierz oddziału "Koraba" wówczas mieszkaniec Zegrza Południowego.
Po wybuchu powstania w Warszawie, kompanii Armii Krajowej w Zegrzu Południowym rozkazano skierować sześciu młodych chłopców (absolwentów półrocznego Kursu Partyzanta - inaczej Szkoły Podoficerskiej AK) do służby w oddziale Koraba - por. WP Konstantego Radziwiłła. Dowództwo oddziału kwaterowało w budynku (dworku? gajówce? z obejściem), stojącym w lesie sosnowym, przyległym od wschodu do Nieporętu, od zachodu do pobliskiej szosy warszawskiej między Poniatowem [autor: mylna nazwa Michałowa- Reginowa od znajdującej się tam stacji kolejowej Poniatów] a Wieliszewem-Kolonią. Mieliśmy tam stanowić grupę kadrową dwudziestu kilku ludzi; siłę tę zwiększano doraźnie w wypadku poważniejszej akcji (do takiej wkrótce doszło). Z Zegrza, obsadzonego przez Wehrmacht, chroniący drewnianą przeprawę mostową przez Narew, udało się nam pojedynczo wydostać. U celu znalazłem się wieczorem 12 sierpnia 1944 r. Na miejscu czekała broń (dwukrotnie jeszcze zmieniana na coraz lepszą z uprzednich zrzutów alianckich). Czynności służby były intensywne, w dzień i w nocy. Członków rodziny hrabiów Grocholskich [autor: właściciele nieistniejącego już majątku w Poniatowie] widywałem uprzednio przelotnie, kiedy zjawiali się na niedzielnych mszach, które odprawiały się w Wieliszewie - wsi. Pamiętam ich smukłe sylwety, a zwłaszcza ich eleganckie (nie do naśladowania) gesty i ukłony, jakimi przed kościołem witali znajomych. Jeśli się nie mylę, dwaj z nich, mianowicie Tadeusz i Adam Grocholscy, nie od początku znajdowali się u Koraba, lecz przybyli 15 sierpnia, kiedy nagle zmobilizowano okolicznych akowców do stanu około 160 żołnierza z zamiarem wyprawy ku walczącej Warszawie. (Znacznie później dowiedziałem się, iż był to jeden z koncentrycznych ruchów odsieczy powstaniu.) Dla potrzeb akcji wydobyto ze schowków (zakopanych cylindrów aluminiowych) nową broń, amunicję, granaty i środki opatrunkowe. Część oddziału miała zadanie transportować większe zasoby wyposażenia. Marsz ubezpieczony ruszył wieczorem 15. sierpnia w miarę możności pod osłoną lasów, a w zapadłych ciemnościach także poprzez tereny otwarte. Dokładnej trasy marszu - ani planu przebicia się do Warszawy (wpław?!) względnie przez front (?) - nie podano; przynajmniej ja o niczym nie słyszałem. Sądząc po niektórych realiach topograficznych, szliśmy po lasach nieporęckich, lasami legionowskimi, późną już porą czas jakiś wzdłuż Wisły, w której odbijały się ognie i kłęby dymu płonącej Warszawy lewobrzeżnej oraz nieustanne rakiety, wśród huku eksplozji i strzałów. Dotarliśmy podobno do Starego Bródna (dziś nie znajduję go na mapie; może to była Białołęka?). Zdołaliśmy jeszcze przejść przez mostek na jakimś cieku i zderzyliśmy się ze stacjonującą w pobliskich domach jednostką niemiecką; drogę/ulicę blokowały jej pojazdy. Między 24.00 a 0.30 trwała zaciekła haratanina, poszły w ruch granaty; jeszcze dziś słyszę raczej spokojne rozkazy nieprzyjaciela: "Alle raus!", "Alle zurück!" Przebicie okazało się nierealne i musieliśmy się wycofać, co ułatwiła nam noc (Niemcom nie udało się zapalić pociskami smugowymi stojących tuż stogów siana i nie podjęli pościgu). Wtedy właśnie zetknąłem się bliżej z jednym z braci Grocholskich, prawdopodobnie z młodszym, 19-letnim Tadeuszem [?], szczupłym, bystrym, zdecydowanym. Zmieniliśmy obaj jedną z par kolegów wynoszących na ka&rabinach rannego kaprala podchorążego "Brzozę". Po zarekwirowaniu dla niego w pierwszym po drodze gospodarstwie konia z wozem (przy czym Tadeusz [?] Grocholski dość władczo - co mnie uderzyło - zażądał od gospodyni mleka), szliśmy dalej ramię w ramię, ponieważ odkryliśmy w sobie zainteresowanie literaturą. I wówczas to usłyszałem od Adama [?], że sam pisze wiersze. Recytował przez chwilę swoją trawestację "Wezwania do Neapolu" Goethego-Mickiewicza. Jeszcze kilkanaście lat temu potrafiłem przytoczyć dwa początkowe wersy; dziś mogę zacytować tylko inicjalny: "Znasz-li ten kraj, gdzie stenów szczęk...". (Jeśli nie istnieje zapis tekstu, to utwór przepadł bezpowrotnie.)
Już w biały dzień 16. sierpnia powróciliśmy na miejsce postoju, po łącznie ponad 40 km marszu. I to musiało skończyć się katastrofą. Oddział stacjonował na terenie przyfrontowym, obsadzonym wtedy gęsto przez dywizję pancerną SS "Wiking"; dosłownie pod bokiem jej stanowisk (nie tylko Niemców; była tam hałastra z kilku nacji). Nie mogliśmy też tolerować obecności miejscowych; ich zawracanie, kiedy chcieli przechodzić przez nasze posterunki, również zdradzało naszą obecność. Tragedia uderzyła w "Koraba" w sobotę 19. sierpnia. Oddział był rozproszony. Dowódcy i kilku żołnierzy, wśród nich bracia Grocholscy, przebywało w gajówce; reszta ponownie uszczuplona (większość wróciła, skąd przyszła), w głębi lasu, przy dukcie, czyściła broń, m.in. angielską rusznicę przeciwpancerną ze zrzutów. (Tutaj znalazłem się i ja, po powrocie świtem z nocnego patrolu, który prowadził dzielny sierżant Pelewicz; mieliśmy odebrać broń od - jak mówiono - komunizującej grupy podziemnej w Kątach Węgierskich.) Słońce grzało, pachniała żywica, czekano na południowy posiłek. Około godziny 11.00 zaalarmowały nas strzały od strony dowództwa. Było od razu jasne, że na ów punkt naszli Niemcy. (Do dziś nie wiem, czy trafili tam przypadkiem penetrując teren, czy naprowadzeni. Dwa fakty sugerują drugą ewentualność. Do "Koraba" już przed nami dostał się dezerter - jak oświadczył - z Wehrmachtu, Czech, który dobę przed tragedią znikł; mówiono potem, że schwytany zdradził nas próbując ratować swe życie. Po wtóre, któregoś dnia ujęliśmy dwóch Niemców wehrmachtowców i nie zlikwidowano ich, tylko "zdezorientowano" wodząc ich długo po całym kompleksie leśnym i porzucając w ja¬kimś odludnym miejscu. Było to niewątpliwie nieregulaminowe partactwo, tyleż humanitarne, ile naiwne. Na razie wolno było sobie wyobrażać, że strzelały nasze czujki, dalsze wydarzenia jednak dowodzą, że to esesmani musieli naszych ludzi zaskoczyć (gdyż było tam czym i zza czego się bronić). Czy ktoś zginął już wtedy, nie wiem. Zajęliśmy luźne stanowiska. Sam wystrzeliłem "na słuch" w domniemanym kierunku npla, ale sierżant Pelewicz zabronił (słusznie) otwierać ogień, by nie ujawniać położenia grupy przed rozpoznaniem sytuacji. W pewnym momencie, którego wiernie nie odtworzę, nadbiegł ktoś z wieścią, że obiekt zajęty przez Niemców, dowództwo w niewoli, i że mamy się ratować na własną rękę. Rzeczywiście zabrakło rozkazodawców, a choćby prawdziwie doświadczonych partyzantów. Rozproszyliśmy się grupkami, z bronią. Wraz z trzema kolegami poszedłem ku Nieporętowi. Wprawdzie siedzieli tam - jak wszędzie - Niemcy, ale mieściło się tam również dowództwo macierzystego batalionu AK (d-ca por. WP Bronisław Tokaj, oficjalnie kierownik szkoły) i liczyliśmy na doraźną pomoc (zakonspirowanie). Podchodziliśmy do wsi od zachodu wzdłuż toru kolejowego, gdy wtem o kilkaset metrów za nami rozległa się długa seria z broni maszynowej (wnioskując z huku był to km). Była punktualnie godzina 12.00. (Spojrzałem na zegarek; mam do dziś odruch sprawdzania czasu, kiedy coś się dzieje.) Zrazu myśleliśmy, że to do nas biją z wierzchołka kulochwytu niedalekiej strzelnicy wojskowej, ale żaden pocisk nie świsnął koło nas. I dopiero po latach doszedłem do wniosku, iż według wszelkiego prawdopodobieństwa rozstrzeliwano wtedy wziętych do niewoli żołnierzy "Koraba". (Porucznika "Koraba" - Radziwiłła zabito po miesiącu w Zegrzu Północnym. Nb. słyszałem z wiarogodnych ust, że hr. Grocholska zabiegała o jego ratunek, szukając "dojść" m.in. poprzez b. chorążego WP i działacza AK, Józefa Dymiszkiewicza z Zegrza.)
Po akcji na Nowym Bródnie oddział Konstantego Radziwiłła wycofał się do lasów pod Katami Węgierskimi. Część żołnierzy biorących udział w akcji udała się do domów, a osoby zdekonspirowane pozostały pod dowództwem Radziwiłła w wymienionych powyżej lasach. Jednocześnie w okolice Nieporętu zaczęły napływać coraz to silniejsze oddziały wojsk niemieckich, w tym dywizje pancerne Herman Goering, Wiking, Totenkopf. Funkcjonariusze gestapo i wojska niemieckiego przystąpili do rozpracowania struktur Armii Krajowej. Żołnierze żandarmerii polowej przystąpili do zatrzymywania osób zaangażowanych w działalność konspiracyjną na podstawie listy osób przekazanej przez zastraszonych mieszkańców, bądź w zamian chcących uwolnić aresztowanych swoich bliskich. W dniu 16 sierpnia dwór w Poniatowie został otoczony przez gestapo. Po wielogodzinnej rewizji i znalezieniu drobnej części od radia, zostali aresztowani i wywiezieni do Zegrza dowódca 8 kompanii ppor. Władysław Danielewicz „Oko” (jednocześnie administrator skonfiskowanego przez Niemców majątku w Poniatowie) i Adam Grocholski ps. Kombinator, pchor. z 722 plutonu AK - najstarszy syn Zdzisława Grocholskiego właściciela majątku Poniatów oraz dwóch pracowników majątku. Żołnierze niemieccy również pytali mieszkańców dworu o Tadeusza i Jeremiego Grocholskich. Obaj nie przebywali w domu albowiem w tym czasie Tadeusz Grocholski ps. Leliwa, pchor. brał udział we wcześniej wspomnianych walkach na Bródnie, a jego brat Jeremii ps. Furda pełnił służbę na placówce w lesie. Matka Maria Grocholska chcąc stworzyć alibi dla synów oświadczyła, iż poszli oni w odwiedziny do ich krewnej Marii Radziwiłł – żony Konstantego Radziwiłła. Niemcy stwierdzili, iż jeżeli Tadeusz i Jeremii nie zgłoszą się, to aresztowane osoby poniosą odpowiedzialność. Pierwszy jeszcze w dniu 16 sierpnia wrócił do domu Tadeusz Grocholski, ostrzeżony przez pracownika folwarku – Kazimierza Sobiecha ukrył się w czworakach. Później, tego samego dnia, powrócił do domu Jeremii, który również ostrzeżony o aresztowaniach w majątku, wrócił do oddziału. Tadeusz Grocholski, na prośbę, naciskanej przez rodziny zatrzymanych przez Niemców, matki postanowił, że nie będzie się ukrywać. W dniu 17 sierpnia 1944r. został on zatrzymany przez Niemców, którzy w zamian zwolnili aresztowanych pracowników folwarku. Władysław Danielewicz, Adam i Tadeusz Grocholski zostali osadzeni w koszarach w Zegrzu. Dla pełnego wyjaśnienia przebiegu wydarzeń tamtych dni, ważne są relacje Henryka Grocholskiego najmłodszego z dziesięciorga rodzeństwa hrabiostwa Grocholskich z Poniatowa:
Niemcy na początku okupacji zajęli połowę dworu, w której przebywał zarządca majątkowy oberleiter wraz z obsługą oraz wojska straży granicznej tzw. „Wachy” z uwagi na bliskość granicy na Bugo-Narwi pomiędzy Rzeszą a Generalną Gubernią. Majątek poniatowski również został przejęty w zarząd niemiecki i stał się tzw. Liegenschaftem. Na drugiej połowie Niemcy pozwolili zamieszkiwać rodzinie Grocholskich wraz ze służbą. Później powierzchnia dla polskich domowników zmalała do ¼ . Szefem kancelarii oberleitera czyli zarządcy majątkowego w 1944r. był Władysław Danielewicz, znający doskonale język niemiecki, będący jednocześnie dowódcą 8 kompani III batalionu AK. Również we dworze znajdował się punkt rozdziału prasy konspiracyjnej, magazyn broni oraz dowództwo kobiecej służby wojskowej w osobie ciotki Halki - Heleny Sołtan. W okolicach połowy sierpnia gestapo dokonało rewizji we dworze, nic szczególnego nie znajdując. Zabrali ze sobą przebywającego w tym czasie wyjątkowo Adama, który częściej przebywał w Warszawie, Danielewicza oraz dwóch pracowników, jeden o nazwisku Błaszczyk bądź Błaszczak. Pracownicy niedługo potem zresztą wrócili. Natomiast Niemcy domagali się wydania dwóch pozostałych braci Tadeusza i Jeremiego. Prawdopodobnie przyczynił się do tego aresztowania oberleiter Wuttke, który był podczas ataku na majątek miejscowych oddziałów AK i został ranny w czasie akcji. Miał problemy z ręką i nie mógł jej długo unosić w górze stąd gdy opuścił ręce prawdopodobnie w obawie przed użyciem przez niego broni został postrzelony. W imieniny naszej matki 15 sierpnia 1944r. albo tuż po bo jak sobie przypominam mówiła, że największym dla niej prezentem byłoby przyjęcie sakramentu komunii przez nas i o ile pamięć mnie nie myli Tadeusz przyjął sakrament, Tadeusz wrócił do dworu, gdzie został aresztowany. Jerema ostrzeżony przez pastucha o obecności gestapo we dworze zawrócił się i potem przez dwa tygodnie ukrywał się w stogu słomy. Uratowało go zaświadczenie lekarskie jakie nasza mama zdobyła od lekarza szpitala w Legionowie, że jest nosicielem bakterii, z którym, i nami czyli ze mną oraz Jeremą udała się na posterunek policji niemieckiej. Po dwóch tygodniach ukrywania się w stogu niedożywiony Jerema faktycznie wyglądał na ciężko chorego, co było bardzo przekonujące. Odnośnie aresztowanych braci nikt we dworze nie miał sprawdzonej informacji o ich rozstrzelaniu. Owszem ludzie coś mówili ale nikt nie był pewien. W owym czasie do dworu wprowadził się sztab dywizji pancernej Wiking. Był to okres ciężkich walk pancernych dywizji, wszystko drżało od hałasu jaki czynił użyty ciężki sprzęt pancerny, hałas był przeogromny. Naloty sowieckie na dwór powodowały iż trzeba było się ewakuować. Dwór uległ zniszczeniu, trwające walki i obawa przed utratą życia spowodowały że mama wraz z pozostałym rodzeństwem i niewielkim dobytkiem, koniem kupionym za wódkę od Niemców, 14 października 1944r. udała się piechotą w kierunku Nowego Dworu Mazowieckiego, gdzie przebywali krótko w obozie na terenie stoczni rzecznej. Ojciec nasz Zdzisław w owym okresie przebywał głównie w Warszawie w obawie przed aresztowaniem i rozstrzelaniem najbardziej znaczących lokalnych ludzi wokół których mogłoby się skupić jakieś grupy oporu. Wziął natomiast udział w Powstaniu Warszawskim gdzie był ciężko ranny. Ciała rozstrzelanych braci zostały odkryte dopiero po wyzwoleniu jak przedstawia Henryk Grocholski wspominając twarz jakże zapłakanej matki.
Ryc. Dwór w Poniatowie, siedziba dowództwa 8 kompanii, III batalionu AK - & -
Ryc. Autor artykułu w rozmowie z Panem Henrykiem Grocholskim najmłodszym z rodzeństwa Grocholskich
W dniu 19 sierpnia 1944r. żołnierze żandarmerii polowej przystąpili do kolejnych aresztowań osób podejrzanych o przynależność do struktur Armii Krajowej. Aresztowano wielu partyzantów i uczestników ruchu oporu w Nieporęcie. Aresztowano niestety i ostatniego dowódcę oddziału walczącego por. Konstantego Radziwiłła ps. Korab. Okoliczności aresztowania przedstawiają, poniższe, pozostawione wspomnienia. Wspomniany wcześniej Albert Radziwiłł najmłodszy z trzech synów Księcia wspomina okres zatrzymania swojego ojca. Kiedy latem 1944r. wojsko radzieckie podeszło pod Warszawę, nasi zaczęli chodzić z biało czerwonymi opaskami. Spod podłogi, ze skrytki kazano mi wówczas wyciągnąć karabin, bo byłem najmłodszy. Ojciec zaangażował się w walki. My mieszkaliśmy dalej w leśniczówce w pobliżu Białobrzegów, w miejscowości Arciechów. Nosiliśmy z bratem jedzenie dwóm jeńcom rosyjskim, którzy wyszli z opuszczonego przez Niemców obozu w Beniaminowie. W leśniczówce zaczęli stacjonować żołnierze dywizji „SS Wiking”. Uszanowali nas i gajowych i nie wygonili z leśniczówki. Zajęli jeden pokój, poza tym mieszkali w namiotach i czołgach. 20 sierpnia przyszła znajoma, żona poety Zagórskiego z Wieliszewa, powiedziała, że widziała jak tatę aresztowali. Mama poszła ze mną, piechotą za Nieporęt, do kierownika szkoły Tokaja - dowódcy nieporęckiego batalionu AK, który stacjonował w gajówce, ale nie w naszym lesie, tylko w lesie Potockich. Usłyszała, że do oddziału ojca przyjęli dezertera z armii niemieckiej, który zdradził i nikt z oddziału nie przeżył. Tatę przywieźli najpierw do Nieporętu, a potem powieźli za granicę Generalnej Guberni, bo Zegrze było już w Reichu. Również już przytaczany wcześniej kpr. Piotr Sierawski ps. Trzeciak potwierdza fakt zaistnienia zdrady w grupie bojowej porucznika "Koraba" [2] . Ja wróciłem w poniedziałek [powrót z udzielonej przez „Koraba” przepustki – 14 sierpnia], przyprowadziłem ze sobą nowych Kazimierza Kowalika i Hilarego Gronka. A Radziwiłł mówi ”Jak przyszliście to zostańcie na noc, ale jutro kto może niech idzie do domu”. Okazało się, że zwiał jeden Czechosłowak, co wcześniej uciekł od Niemców i przystał do nas. Zabrał swoją broń. Radziwiłł podejrzewał, że to zdrajca, może i celowo wysłany agent. Książę został tam w kilku, z Grocholszczakami. Ja miałem się meldować w każdy wtorek i piątek. Poszedłem w piątek 22 sierpnia [18 sierpnia – red. TiO], zgłosić się do dowódcy, ale nie doszedłem, cały las był pełen Niemców. Cofnąłem się, rozpoczęła się obława. Niemcy szli od strony szosy Legionowo – Serock w kierunku torów kolejowych. Poszedłem do zagrody, co była obok, gdzie mieszkał kolega Tadek. Tadek powiedział mi „Jeszcze rano byłem u nich i wszystko było w porządku”. Potem się dowiedziałem, że ośmiu z naszego pododdziału schwytano i zamordowano w lesie nieporęckim [są pochowani na cmentarzu w Nieporęcie; na pomniku widnieje data śmierci – 19 sierpnia 1944r. – przyp. M. Pakuły]. Radziwiłła wozili potem po wsiach, pokazywali i w końcu zabili.
Inna wersja wydarzeń została przekazana przez Walentego Jędraszko w artykule M. Wilgosa - Honor księcia Konstantego Radziwiłła- Koraba 19VIII 1944r., Gazeta Powiatowa 4.12.2007, nr 48 (145). Jędraszko był przed wojną a także podczas okupacji gospodarzem strzelnicy wojskowej przy osiedlu Nowopol i przedstawia aresztowanie grupy żołnierzy i samego „Koraba” przed planowanym, wspólnym posiłkiem w domu sierż. Michała Klimowicza ps „Omar”, który to dom znajdował się na osiedlu Nowopol, tuż przy strzelnicy. Klimowicz był związany z AK i ściśle współdziałał z Konstantym Radziwiłłem i wspomnianym Walentym Jędraszko. 19 sierpnia 1944r w domu "Omara" , przed południem jego przyjaciółka przygotowywała posiłek. W pokoju jadalnym miała rozstawioną zastawę stołową, dla oczekiwanych gości. Ów widok tego dnia zastał Walenty Jędraszko. Nawet przestrzegał „Omara”, że taka zastawa stwarza niebezpieczeństwo. Już niedługo miało się okazać, iż Jędraszko był „złym prorokiem”. Zaczęli się schodzić. Do domu wchodzili pojedynczo i zgodnie z ustaloną przez księcia kolejnością. Gdy weszło sześciu nastąpiła przerwa. Niemcy myśląc, że to wszyscy goście, wtargnęli do domu Klimowicza, zakładając „kocioł”. Zastawa stołowa zdradziła okupantom, prawdziwą liczbę „biesiadników”. Napastnicy postanowili nie wyprowadzać więźniów i czekać na pozostałych. Książę i inni, którzy nie zdążyli wejść, zostali ostrzeżeni. Wszyscy oprócz Radziwiłła postanowili się wycofać. Honor książęcy nie pozwolił mu pozostawić swoich towarzyszy broni na śmierć z rąk Niemców. Wyżej ceniąc przyjaźń niż własne życie, a także świadomym niebezpieczeństwa Radziwiłł wszedł do domu Michała Klimowicza w nadziei, że uda mu się pomóc schwytanym AK-owcom. Pomylił się. Wiadomym jest fakt , że książę Konstanty po wejściu w progi mieszkania był katowany przez hitlerowców.
Dalej Walenty Jędraszko przedstawia: Nieco później, Niemcy zażądali od jednego z okolicznych gospodarzy podwody. Pokazywali mu gdzie ma jechać. Znaleźli się przy wysokim, rozległym, piaszczystym wzgórzu i tu czekali. Było to niedaleko „Strzelnicy”, na południowej stronie. W końcu furman zobaczył grupę Niemców prowadzących kilku mężczyzn i jednego którego nieśli. Skatowanego księcia położyli przy furze, a resztę pognali po zboczu piaszczystym i pod wierzchołkiem rozstrzelali. Niemcy zeszli i wrzucili Radziwiłła na furę i ruszyli w stronę szosy. Od „Strzelnicy” prowadziła piaszczysta droga, która wychodziła na wprost gościńca biegnącego od szosy na przejazd kolejowy obok przystanku „Wieliszew” do Łajsk. Tu skręcili w stronę Zegrza. W Zegrzu zabrano kolejnych ośmiu mężczyzn, związano im ręce i podążono za podwodą, na której w dalszym ciągu leżał Konstanty Radziwiłł. Jeden z Niemców zatrzymał wóz, w rękach miał tabliczkę. Więźnia obrócono na plecy, podciągnięto do ławki woźnicy i usadzono. Tabliczkę zawieszono na piersiach księcia, jej napis głosił: „Polnische graff- polnische banditen”( Polski książę- polski bandyta). Dotarli do Nieporętu i niedaleko cmentarza, na skraju lasu tych ośmiu mężczyzn rozstrzelano w obecności księcia. Również Zygmunt Mirecki ps. „Zim” przedstawia ostatnie dni kompanii bojowej „Koraba”[3] . Jedynie daty są mylące. Oczywiście wszystko rozegrało się 19 sierpnia 1944r.
Zadaniem Kompanii były nocne wypady dywersyjne niepokojące Niemców i stacjonujących koło Zegrza Węgrów. 29-go sierpnia o godzinie drugiej nad ranem zmęczeni wróciliśmy na miejsce postoju w lasach Kąty Węgierskie. Sierżant „Omar” (Michał Klimowicz) zaprosił „Koraba” (Konstanty książę Radziwiłł) i mnie na odpoczynek do swego domku położonego na skraju lasu, koło kolonii Wieliszew.
O świcie usłyszałem pukanie do drzwi. Zerwałem się i zapytałem:
—„Kto tam ?”.
—„Otwieraj - tu jest książę”— odpowiedział głos ze wschodnim akcentem. Odbezpieczając Colta 45 wykrzyknąłem:
—„To nie twój interes sobaczy synu kto tu jest. Jak natychmiast nie odejdziecie strzelę wam w łeb jak psom”.
Tymczasem obudzeni „Korab” i „Omar” odbezpieczyli już swoje pistolety.
—„No to zobaczymy”— usłyszałem odpowiedź i oddalające się kroki.
Radziłem natychmiast opuścić „spalony” punkt przypuszczając, że skrajnie lewicowe odłamy nasyłają na nas wrogów. „Korab” i „Omar” przyznali mi rację. Prędko ubraliśmy się i poszliśmy do żołnierzy.
Był piękny, letni poranek. Czuło się zapach żywicy. Śpiew ptaków i pierwsze złociste promienie przebijały się przez wierzchołki drzew. Młodzi partyzanci roześmiani szykowali się do porannej zbiórki i dobrego śniadania. Na drzewie wisiała jałówka oprawiana przez kucharza. Sprawdziliśmy posterunki i stan kompanii. Okazało się, że zbiegł Czech, którego przed kilku dniami przyjęliśmy do naszych szeregów. Wraz z żołnierzami odśpiewaliśmy „ Kiedy ranne wstają zorze...”. Zaraz potem chłopcy z apetytem zabrali się do śniadania, a nasza trójka w ogrodzie najbliższego domu przy smacznej zbożowej kawie omawiała plan następnego uderzenia.
Do szybkiego przerzutu części oddziału potrzebne były dwa parokonne „balonowce”. Podjąłem się załatwienia zaprzęgu. W tym też celu udałem się do sołtysa wsi Kąty Węgierskie. Korzystając z gościnności gospodarzy ogoliłem się tam i umyłem. Siedząc potem w pokoju usłyszałem pojedyncze strzały, wybuchy granatów i terkot karabinów maszynowych. Zerwałem się od stołu i chciałem biec do swoich chłopców. Sołtysowa, a była to potężna kobieta, złapała mnie wpół i krzyknęła:
—„Na Boga! Gdzie pan leci ?! Na pewno Niemcy otoczyli las”.
Przeczekałem. Wkrótce zapanowała cisza. Zaraz potem wyrwałem się z gościnnego domu. Wykorzystując słabo porośnięty, ale falisty teren przekradałem się w stronę lasu. Naraz z lewej strony usłyszałem gwizd. Był to nasz żołnierz z biało - czerwoną opaską na ramieniu. Rozpoznałem w nim marynarza. Dał mi znak abym szedł w jego stronę. W połowie drogi seria z karabinu maszynowego przeleciała mi nad głową. Jeszcze chyba nigdy tak sprawnie jak wtedy nie wykorzystałem zagłębień terenu.
Czołgając się doszliśmy do siebie.
—„Co się stało ?”— zapytałem.
—„Ktoś musiał zdradzić nasze stanowiska Niemcy zaskoczyli nas z trzech stron. Chyba wszyscy wycofali się w głąb lasu”— odpowiedział marynarz.
Pogróżki włóczących się band okazały się prawdziwe. To oni, a może zbiegły Czech ściągnęli na nasz oddział SS-manów.
‚„Korab” i „Omar” nie doceniając grożącego niebezpieczeństwa po śniadaniu wrócili do domku sierżanta na dalszy odpoczynek. SS-mani mając dokładne wiadomości rozmieszczenia kompanii, najpierw włamali się do kwatery wyciągając księcia Radziwiłła i sierżanta. Następnie zaatakowali partyzantów, w tym czasie odbywających ćwiczenia. Po krótkiej i zaciętej walce partyzanci, dzielni bojowcy, znając dobrze teren wycofali się bez strat. Dobrze poinformowani zbrodniarze hitlerowscy po krótkich badaniach natychmiast rozstrzelali sierżanta „Omara”. Księcia skutego w kajdany zawieźli do siedziby Gestapo w Nowym Dworze.
Rozwścieczeni SS-mani przetrząsali okoliczne zabudowania i gajówki. Złapanych niewinnych chłopców i mężczyzn rozstrzeliwali na miejscu. Dalsza akcja partyzancka była niemożliwa. Po zamelinowaniu broni żołnierze rozeszli się do domów lub ukrywali. Por. „Bohdan” i ja, poszukiwani przez Gestapo, ukrywaliśmy się w okolicznych lasach i odległych wioskach. 9-go września Niemcy całkowicie „oczyścili” teren z polskiej ludności, kierując chorych i starców na południe a młodszych do obozów pracy na terenie Rzeszy.
Książę torturowany był przez Gestapo. Zmaltretowanego Niemcy wozili po okolicznych siołach. Siedział na furmance ze związanymi postronkiem rękoma. Na szyi z przodu i z tyłu miał przywiązane tablice z napisem: „Polnische graff - polnische banditen” (polski książę - polski bandyta).
Ostatecznie zamordowany został przez hitlerowców na terenie fortu zegrzyńskiego. W 1969 roku szczątki jego zwłok odnaleziono przypadkowo przy wykonywaniu robót ziemnych w forcie. Rozpoznano go dzięki temu; że miał na sobie srebrny szkaplerz z relikwiami Świętego Jana Bosko. Po ekshumacji pochowano „,Koraba” na cmentarzu w Serocku. Na wielkim polnym kamieniu widnieje napis:
„KONSTANTY RADZIWIŁŁ SYN MACIEJA I RÓŻY Z POTOCKICH URODZONY 10.07. 1907 ROKU W SICHÓWCE. PORUCZNIK A.K. ROZSTRZELANY W FORCIE ZEGRZYŃSKIM WE WRZEŚNIU 1944 ROKU.”
Na koniec ostatnia relacja Henryka Saksa ps. „Grom” z aresztowania w dniu 19 sierpnia 1944r. 3 mieszkańców Zegrza Południowego w tym samego autora relacji: W pierwszych dniach sierpnia 1944r. otrzymaliśmy rozkaz jako żołnierze AK, zgrupowania się w lasach nieporęckich. Następnie braliśmy udział w wypadzie na Stare Bródno – napad na placówkę niemiecką stacjonującą w folwarku. Dalszymi działaniami były przygotowania mające na celu dywersję na tyłach niemieckich. W pobliżu bazy zostaliśmy rozbici przez oddział niemiecki. W związku z tym wycofaliśmy się każdy na swoją rękę. W godzinach wieczornych tego samego dnia tj. 19 sierpnia 1944r. część naszej grupy zebrała się ponownie w zabudowaniach p. Tomalskiego w Wieliszewie i po odczekaniu pewnego czasu, ponieważ nikt się więcej nie zgłosił zaczęliśmy się rozchodzić. W drodze do domu we wsi Rybaki zostaliśmy zatrzymani przez straż graniczną (Kazimierz Matysiak, Władek Bielecki, Henryk Saks) i odstawiono nas do koszar w Zegrzu Północnym (areszt wojskowy). Następnego dnia po usilnych staraniach rodziny zostałem wypuszczony na wolność i przewieziony do domu. Na terenie koszar zauważyliśmy Konstantego Radziwiłła i jednego Czecha, który brał udział w naszych akcjach. Co stało się z moimi kolegami Matysiakiem i Bieleckim nie wiem, przypuszczam że zostali rozstrzelani.
Wszystkie te relacje mają wiele wspólnego, które najbardziej wiernie opisują przebieg tamtych wydarzeń, trudno jest dzisiaj stwierdzić, na pewno aresztowanych żołnierzy rozstrzelano w dwóch grupach. Na pewno też dowódca ostatniego oddziału walczącego z 3 batalionu nieporęckiego por. „Korab” został zamordowany na końcu, po ciężkich torturach.
Ofiary pochowano na cmentarzu parafialnym w Nieporęcie. 19 sierpnia 1944r. zginęli żołnierze Armii Krajowej- Rejonu I- Legionowo:
1. Władysław Danielewicz- „Oko”- lat 38, dowódca 8 kompanii, III batalionu.
2. Tadeusz Grocholski „Leliwa”- lat 19 wg. brata Henryka Grocholskiego (na pomniku zamieniona data z bratem Adamem)
3. Adam Grocholski „Kombinator”- lat 22 wg. brata Henryka Grocholskiego (na pomniku zamieniona data z bratem Tadeuszem)
4. Mieczysław Kozak „Jeż”- lat 17.
5. Andrzej Papp „Marek”- lat 17.
6. Aleksander Rembelski „Miecz”, „Gajowy”- lat 48 s. Jana
7. Bronisław Smolarek (vel Smolarczyk) „Brzoza”- lat 39 ur. 1905r. w Nieporęcie
8. Szczepan Szyperek „Zosik”- lat 27 ur. 1917r. w Nieporęcie
Natomiast nieznane są nazwiska żołnierzy rozstrzelanych w pierwszej grupie razem z Michałem Klimowiczem (ur. 1910r.). Na podstawie wspomnień Walentego Jędraszki domniemywa się nazwiska czterech rozstrzelanych:
1. Stefan Kowalczyk „Lanca” ur. 1914r.
2. Tadeusz Kowalczyk „Piorun” ur. 1918r.
3. Wojciech Smółka „Burłaj” ur. 1927r.
4. Andrzej Wójcicki „Cygan” s. Michała ur. 1897r. w Nieporęcie
5. Wacław Stachnik „Śmieszek”
Wymienione powyżej nazwiska poległych potwierdza Andrzej Paszkowski, żołnierz AK -zastępca dowódcy Oddziału Dywersji Bojowej,
który do swojej śmierci 4 maja 2003r. gromadził materiały i dokumenty związane z historia AK VII Obwodu „Obroża” oraz
prowadził prace nad sporządzeniem wykazu uczestników walk Powstania Warszawskiego w I Rejonie [4].
Tragiczny dzień 19 sierpnia 1944r. był ostatnim dniem oddziału por. „Koraba”, pozostali żyjący żołnierze po ukryciu broni rozeszli się do domów. Zaraz też Niemcy rozpoczęli akcję wysiedleńczą ludności z terenów przyfrontowych.
Ryc. Medalik oraz relikwie św. Jana Bosko po których w 1969r. rozpoznano szczątki Radziwiłła na strzelnicy w Zegrzu, pamiątki zostały udostępnione dzięki uprzejmości Alberta Radziwiłła syna Konstantego
Ryc. Pomnik żołnierzy oddziału „Koraba” na cmentarzu w Nieporęcie - & -
Ryc. Autor z najmłodszym synem Konstantego Radziwiłła – Albertem
Ryc. Wydarzenia sierpnia 1944r. w naszych okolicach.
/źródło Z. Mirecki – Ostatni dzień kompani bojowej „Korab”, praca zbiorowa - Wspomnienia byłych żołnierzy Armii Krajowej zamieszkałych w Australii, wydanie drugie 1986r/
W tym samym czasie, raczej 16 sierpnia niż 19 sierpnia 1944r (bo niektóre relacje mówią o dniu następnym po dniu tragedii iż ludzie wracali z targu z Legionowa a targi były w czwartki a 19 sierpnia był sobotą) miała miejsce inna tragedia rozstrzelania 16 osób na osiedlu Nowopol. W tej tragedii zginęli:
Jerzy Dymek lat 22, Edward Łaski lat 18,
Jan Ląca lat 22, Stanisław Skarżycki lat 50,
Janina Tomalska z domu Maciejewska w 1938r. zawarła małżeństwo z Romanem Kajetanem Tomalskim,
Janusz Pacho,
Marian Walczak – lat 23, fryzjer z Zegrza,
Majewski - student z Warszawy
Józef Kozłowski z Łajsk,
Seweryn Witkowski – kolejarz, (w aktach stanu cywilnego w 1942r. widnieje jako szofer z Wieliszewa lat 46, żona Jadwiga z Grzeszków)
Masłowski z Łajsk,
Aleksander Maciejewski – brat Janiny Tomalskiej
Żak imię prawdopodobnie Czesław? oraz 3 osoby nieznane.
W archiwach powołanej w 1945 Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce obecnie Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej wymieniane są jeszcze nazwiska: Klimowicz Leon l.36 zam. gm. Nieporęt, Matysiak l. 18, zam. gm. Nieporęt, Sosnowski Jerzy Władysław ur. 25.09.1923r. w Warszawie s. Zdzisława i Zofii zam. Warszawa [5]. Z uwagi na dużą ilość ludności napływowej zgromadzonej wówczas na Nowopolu trudno jest ustalić nazwiska wszystkich pomordowanych. Trzeba pamiętać, że w tym czasie na osiedlu Nowopol znalazło schronienie wielu mieszkańców Warszawy a nawet Zegrza, bo tu było bezpieczniej. W Warszawie toczyło się Powstanie a w Zegrzu w koszarach wszędzie były niemieckie wojska, cofające się wraz z frontem. W dniu 4 sierpnia 1947r. został sporządzony przez Zarząd Gminy Jabłonna protokół z zeznań świadków potwierdzających śmierć Stanisława Skarżyckiego wśród 16 rozstrzelanych w dniu 19 sierpnia 1944r.
Ryc. Protokół z zeznań świadków potwierdzających śmierć Stanisława Skarżyckiego wśród 16 rozstrzelanych w dniu 19 sierpnia 1944r. oraz protokół z ekshumacji zwłok w lutym 1958r.
W lutym 1958 r. przeprowadzono ekshumację zwłok i przeniesiono szczątki na Cmentarz Powstańców Warszawskich na Woli. Szczątki zostały przeniesione do wspólnej mogiły wraz z obrońcami drukarni Arcta na ul. Czerniakowskiej 225, którzy zginęli dnia 13 września 1944r. W protokole z ekshumacji znajduje się data tragedii 19 sierpnia 1944r. i informacja, iż byli to żołnierze W.P. gr. „Wici” jedn. 722 wraz z nadanymi pseudonimami konspiracyjnymi. Jak czytamy w protokole z 12 lutego 1958r. informacja ta pochodzi z tablicy na mogile. Czy aby napewno byli żołnierzami Wojska Polskiego i to jednostki 722. Pluton 722 był to pluton wieliszewski działający w ramach 8 kompanii III batalionu Nieporęt pułku Armii Krajowej noszącego kryptonim "Marianowo-Brzozów" jak już wcześniej zostało to przedstawione. Moi rozmówcy również nie potwierdzają informacji o żołnierzach czy też innej przynależności wojskowej. Wyjątek stanowił Jerzy Dymek powstaniec z Warszawy. Brał udział w walkach o port lotniczy Okęcie zaraz po wybuchu Powstania Warszawskiego w 3 kompanii Maria z 3 batalionu Garłuch. Powstańcy tego oddziału zgromadzili się w domu nr 175 przy al. Krakowskiej. Niestety dom ten pod obstrzałem silnego ognia Niemców spłonął. Poległ tam również prawie cały oddział powstańców. Jerzy Dymek wraz z paroma kolegami skrył się w piwnicy i tam ta grupa ocalała. Niemcy po spaleniu domu nie sądzili, aby ktoś mógł jeszcze się tam ostać. Pod osłoną nocy wydostali się z gorącej piwnicy. Jerzy postanowił wydostać się z Warszawy i udać się w rodzinne strony swojej rodzonej matki. Przepłynął Wisłę i klucząc dostał się do osiedla Nowopol. Tak więc jego działalność powstańcza dotyczyła Warszawy, a nie naszych rejonów. Tutaj odpoczywał od tych wcześniejszych przeżyć. Pan Stanisław Piotrowski ps. „Ryś” (nie mylić z dowódcą 722 plutonu) żołnierz AK 706 plutonu Łajski i Michałów - Reginów dowodzonego przez ppor. Jana Kalisiaka ps. „Mister” wskazuje również Edwarda Łaskiego uczestniczącego w działalności konspiracyjnej, ale nie w strukturach AK. Również Pan Eugeniusz Mikulski – żołnierz tego samego plutonu informuje o Janie Ląca, który nie był partyzantem i nie złożył przysięgi, jednak gdy nadeszła godzina „W” stawił się na miejscu zbiórki aby ruszyć do walki. Ponadto domostwo Państwa Tomalskich znajdowało się na skraju lasu i stąd często zaglądali tutaj partyzanci (wcześniejsza relacja Henryka Saksa ps. „Grom” – miejsce zbiórki) otrzymując zapewne jedzienie. We wspomnianych już archiwach Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich znajduje się informacja, iż rozstrzelanym zarzucano działalność partyzancką oraz ciała ich zakopano w miejscu egzekucji, a po ekshumacji pochowano na cmentarzu w Legionowie. Natomiast Roman Tomalski pozostawił oświadczenie z 20.10.1956r. skierowane do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację w Legionowie, w którym wyjaśnia, iż Grupa „Wici” pierwotnie była w strukturach KOP Komenda Obrońców Polski (Korpus Obrońców Polski, Obrońcy Polski, Organizacja Obrońców Polski, Komitet Obywatelsko-Patriotyczny) a w pierwszych dniach sierpnia 1944r. weszła dobrowolnie w struktury AK 722 plutonu i została zaprzysiężona przez Tokaja dowódcę III Batalionu AK. W oświadczeniu jako zamordowane wymienione zostały następujące osoby: Tomalska Janina „Mirta”, Maciejewski Aleksander „Krzak”, Pacho Janusz „Cichy”, Skarżycki Stanisław „Galameja”, Kozłowski Józef „Skryty”, Łaski Edward „Ferdek”, Wardak Piotr „Krowa”, Radziwiłł Konstanty „Korab”, Klimowicz Leon „Omar”. Z uwagi na upływ czasu i brak świadków nie ma już możliwości wyjaśnienia wszystkich faktów. Niemniej, niezależnie czy byli partyzantami czy nie, zginęli tragicznie pomordowani i oddali swoje życie. Pokój ich duszom!!!
Ryc. Od lewej oświadczenie Romana Tomalskiego - & - 18 sierpnia 1996r. odbyła się uroczystość poświęcenia przez księdza proboszcza Marka
Janickiego kamienia z wmurowaną płytą, upamiętniającą miejsce kaźni. Kamień – pomnik stanął z inicjatywy kombatantów, mieszkańców oraz ówczesnych
władz gminy, - & - pomnik na Cmentarzu Powstańców Warszawskich na Woli, gdzie po ekshumacji przeniesiono ciała pomordowanych.
Ryc. Data 16 sierpnia 1944r. znajduje się również na płycie pomnika Jerzego Dymka, którego ciało od razu rodzina zabrała i pochowała oddzielnie a nie we wspólnej mogile.
[1] Konstanty Radziwiłł urodził się 10 lipca 1902r. w majątku Sichów koło Staszowa. Był synem Macieja Mikołaja i Róży z Potockich, córki Artura z Krzeszowic. W roku 1924 Radziwiłł ukończył Akademię Handlową w Antwerpii a w 1926r. Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu i uzyskał stopień podporucznika rezerwy kawalerii z przydziałem do 4 Pułku Strzelców Konnych w Płocku. Następnie zarządzał swoimi dobrami w Zegrzu. W 1927r. ożenił się z Marią z Żółtowskich (ur. 1906r.) Mieli trzech synów: Krzysztofa (ur. 1928), Jana (ur. 1930) i Alberta (ur. 1931). Następnie wziął udział w kampanii wrześniowej jako ochotnik pełniąc funkcję obserwatora lotniczego w Samodzielnej Grupie Operacyjnej „Polesie” gen. Franciszka Kleberga. Po kapitulacji powrócił do domu. Aresztowany przez Niemców 6.10.1939r. był więziony w Pułtusku do 18.03.1940r. Zwolniony dzięki staraniom Maurycego Potockiego z Jabłonny i jego przyjaciela Jana Piętkowskiego, został natychmiast po tym wysiedlony z Zegrza wraz z rodziną. Zamieszkał w gajówce własnego rewiru leśnego Arciechów. W kwietniu 1941r. Radziwiłł wstąpił do Związku Walki Zbrojnej (od roku 1942 Armia Krajowa – AK) gdzie pełnił funkcję kwatermistrza III batalionu I Rejonu Legionowo w VII Obwodzie Okręgu Warszawskiego „Obroża”. W dniu 19.04.1944r. został mianowany porucznikiem rezerwy. Poza służbą w oddziałach liniowych Radziwiłł brał czynny udział od 1941r. na terenie obszaru warszawskiego w pracach kierownictwa organizacji konspiracyjnej ziemian (kryptonim Uprawa) działającej dla potrzeb zaopatrzenia Armii Krajowej.
[2] M. Pakuła, T. Elbanowski – Zdrada w grupie bojowej porucznika „Koraba”, To i owo nr 31(901) z 2.08.2007, s. 9
[3] Z. Mirecki – Ostatni dzień kompani bojowej „Korab”, praca zbiorowa - Wspomnienia byłych żołnierzy Armii Krajowej zamieszkałych w Australii, wydanie drugie 1986r. s. 124 -125
[4] A. Paszkowski – Walczyli za wolność, uczestnicy walk Powstania Warszawskiego I Rejonu „Marianowo – Brzozów” VII Obwodu „Obroża” Okręgu Warszawskiego AK, Legionowo 1997r.
[5] Rejestr miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez okupanta hitlerowskiego na ziemiach polskich 1939 – 1945, województwo stołeczne warszawskie, Warszawa 1988, s. 291-292